poniedziałek, 9 maja 2016

Złodziej z dziur

ROZDZIAŁ I

Tata pocałował Karolkę w czoło, podciągnął jej kołdrę pod samą brodę i odłożył czytaną przed chwilą książkę na niewielki stolik stojący obok łóżka.
- Dobranoc skarbie! - powiedział cicho.
- Zostaw uchylone drzwi, dobrze!? - dziewczynka położyła się na boku i wcisnęła dłonie pod pulchny policzek.
- Dobrze skarbie! - tata wyszedł z pokoju, zostawiając między framugą a krawędzią brązowych drzwi kilkunastocentymetrową szczelinę, przez którą sączyła się wąska smuga światła.
Dziewczynka, podobnie jak większość dzieci w jej wieku, nie lubiła ciemności. Nagle, znane bardzo dobrze kąty stawały się dziwnie obce i straszne, a łagodne w blasku dziennego światła przedmioty zmieniały się w bezkształtne potwory. Jedynym ratunkiem było schowanie się pod kołdrę, ale przecież tam też było ciemno! Dlatego Karolka prosiła tatę, by nie zamykał drzwi.
Zazwyczaj udawało się jej zasypiać zanim uczynili to rodzice, niestety tym razem nie pomogło nawet liczenie baranów do dziesięciu tyle razy, że zabrakło jej palców u rąk i nóg.
Gdy zgasło światło w salonie zapadła taka cisza, że dziewczynka słyszała bicie swego małego serduszka.
Choć nagle zrobiło się ciemno, Karolka zachichotała cichutko. Mama zawsze mówiła, że tata zanim znajdzie najlepszą pozycję do spania, musi umościć się jak pies. Wielki tłusty pies z głową taty, jakiego sobie wyobraziła, rozśmieszył ją do tego stopnia, że musiała zakryć usta dłonią, by nie zacząć się śmiać na cały głos.
Niestety po kilku minutach zdała sobie sprawę, że jest sama w ciemnym pokoju, a zewsząd, dosłownie z każdej strony, czarne palce wyciągają po nią nocne potwory. Szybko naciągnęła na głowę kołdrę i nasłuchiwała nadciągającego zagrożenia.
Wtem doszedł do niej cichy szloch.
- Co to? - pomyślała i, choć nadal obawiała się ataku ze strony nocnych maszkaronów, wystawiła na wierzch prawe ucho. Szloch, tak jej się przynajmniej wydawało, dobiegał z kuchni. Dziewczynka wystawiła zaciekawiona całą głowę, potem ręce i tułów, a wreszcie odrzuciła kołdrę na bok, zsunęła nogi z łóżka i stanęła bosymi stópkami na puszystym dywanie.
Podeszła do drzwi i uchyliła je delikatnie.
Szloch stał się wyraźniejszy i na pewno dobiegał z kuchni...
Cichutko, na paluszkach, Karolka zbliżyła się do drzwi kuchennych i zajrzała do środka. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Tu już nie było tak ciemno jak u niej w pokoju. Wszystko za sprawą lampy stojącej pod blokiem, przy pobliskim parkingu, której światło wpadało do kuchni przez wielkie okno. Płacz stał się wyraźny i dobiegał chyba z szafki stojącej przy wielkiej białej lodówce. Dziewczynka podeszła zaciekawiona i pociągnęła za gałkę drzwiczek.

W środku, na dwóch półkach stały małe i duże talerze, filiżanki z kolorowymi wzorami motyli i kwiatów, które Karolka często, w tajemnicy przed mamą, zabierała do zabaw w herbatkę z lalkami, i pękaty, metalowy czajnik z przypominającym trąbę słonia dziubkiem.
Dziewczynka kucnęła przed szafką.
- Jest tu kto? - spytała cicho i rozejrzała się po wnętrzu szafki.
W środku panował spokój, a szloch, tak wyraźny do tej pory, ucichł jak ucięty nożem. Karolka jeszcze raz omiotła wzrokiem półki i już miała zamykać drzwiczki, gdy kątem oka zauważyła jakiś ruch. Odwróciła głowę i zobaczyła dwoje oczu, wielkości małych guzików, wpatrujących się w nią z zaciekawieniem. Dopiero teraz dziewczynka uświadomiła sobie, że należały one do metalowego czajniczka stojącego za stosem talerzyków deserowych. Nagle naczynie poruszyło dziubkiem i kichnęło donośnie. Karolka cofnęła się zaskoczona, upadając na pupę.
- Aleś plasnęła! - czajniczek zachichotał cicho.
- Na zdrowie! - powiedziała bezwiednie dziewczynka, której od zawsze wpajano, że dobre obyczaje powinno się zachować bez względu na sytuację w jakiej się znalazło.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz