poniedziałek, 2 listopada 2015

MichaŚek: Taki jeden Krzysiek...

Krzysiek, taki chłopak z najstarszej klasy naszej szkoły, złapał mnie dziś po trzeciej lekcji i zabrał drugie śniadanie. Miałem akurat bułkę z szynką i ogórkiem konserwowym, czyli mój ulubiony zestaw, więc nie bardzo chciałem mu oddać. Spytałem grzecznie czy mógłby zabrać mi śniadania jutro, bo wtedy wypadał piątek, a w piątek mama zawsze robi z serem, którego nie cierpię, ale nie chciał. Chwycił mnie za bluzkę i podciągnął do góry, że aż musiałem stanąć na palcach jak jakaś baletnica, żeby zachować kontakt z podłogą. Potem Krzysiek wytrząsł pudełko śniadaniowe z mojego tornistra i wyjął z niego kanapkę, jabłko i napój owocowy. Przełożył to wszystko do swojej torby i podstawił mi wielką jak bochen chleba pięść pod nos.
- Jeśli powiesz o tym komukolwiek, zginąłeś! - wycharczał i pobiegł do swojej klasy, bo akurat zadzwonił dzwonek. Po drodze nadepnął na pudełko, które z trzaskiem rozpadło się na pięć mniejszych kawałków i zaśmiał się złowieszczo.
Cała sprawa jakoś rozeszłaby się po kościach, ale następnego dnia mama chciała zaopatrzyć mnie w drugie śniadanie i wtedy wszystko się wydało.
- Misiek! - wrzasnęła do taty, który akurat szczotkował zęby. Wielka głowa papy wychyliła się po chwili z łazienki.
- Szo chszesz? - spytał, kręcąc szczoteczką w oblepionej pianą paszczy.
- Jakiś łobuz pobił Michaśka i na dodatek potłukł mu pudełko na kanapki!
Zza białych drzwi dobiegł gulgot i ponownie wychynęła zza nich krągła czaszka. Zmarszczone czoło i ściągnięte kraczaste brwi nie zwiastowały nic miłego.
- Jak to pobił! - tubalny głos wypełnił cały przedpokój, kuchnię i wyleciał przez uchylone okno na podwórko. Dozorca Wiśniak, który akurat pod naszymi oknami zmiatał liście z chodnika, przestał wymachiwać miotłą i spojrzał w górę, poszukując właściciela głosu.
- Ja niechcący... - wyszeptał i przeżegnał się trzy razy.
- Wyobraź sobie, że jakiś szkolny chuligan zabrał Michaśkowi jedzenie i na dodatek zniszczył mu pudełko z Batmanem! - wysyczała mama zza zaciśniętych zębów.
- Tam zaraz pobił. Wytarmosił lekuchno! - uściśliłem - To Krzysiek był, a pudełko ze Spider-Manem!.
- Jeden pies! - mama uderzyła pięścią w stół i spojrzała dziko na tatę.
- Superbohater, nie pies! - uściśliłem drugi raz, ale gdy mama popatrzyła na mnie jak wilczur sąsiadki z dołu na kota sąsiada z góry, darowałem sobie resztę wyjaśnień.
Tata tymczasem podszedł do mnie, usiadł na stołku obok i chwyciwszy mnie pod pachami, posadził na kolanie.
- Czy to prawda? - spytał.
- No niby tak, choć z tym pobiciem to nie do końca...
- To pobił Cię, czy nie?
- No nie... - nie dokończyłem, bo do rozmowy włączyła się mama.
- Przemocy użył! Względem naszego dziecka!
- Ale... - tata spróbował wejść mamie w słowo.
- A tak! Spróbuj mnie uciszyć! Jak zwykle zamieć sprawę pod dywan, pozwól by ktoś zrobił z naszego syna kalekę!
Nie wiem czemu, ale poczułem się gorzej niż w chwili, gdy Krzysiek podstawiał mi pięść pod nos. Tata chyba też, bo zrobił strasznie głupią minę i z otwartymi ustami wpatrywał się w nakręcającą się coraz bardziej żonę. Papa tak mówił o mamie, choć jakoś nie widziałem, żeby używała do tego jakiejś korbki czy kluczyka, gdy coraz bardziej się złościła, i coraz bardziej, i bardziej, aż stawała w miejscu z zaciśniętymi pięściami i tupiąc krzyczała "aaaaaaaaaaaa...".
Jeszcze przed chwilą byłem ofiarą, lecz teraz, nie wiedzieć czemu, zacząłem czuć się winny całej tej sytuacji. Chyba podobnie poczuł się tata, na którym skupiła większa część złości mamy.
- Ale Ty wiesz, że to nie ja pobiłem Michaśka? - powiedział papa spokojnie i złapał żonę za dłoń.
- ... znieczulica... - wycharczała mama i spojrzała na nas, jakbyśmy widzieli się po raz pierwszy w życiu - Pora nauczyć naszego syna jak i gdzie kopnąć faceta, żeby go zabolało! - Jej oczy znowu błysnęły szaleństwem.
- Uspokój się skarbie, chyba są inne sposoby!

* * *

- I jak mały, masz dla mnie kanapkę? - Krzysiek wyrósł przede mną jak zjawa i sięgnął wielkim łapskiem do kraciastego kołnierzyka mojej ulubionej koszuli.
- Ależ oczywiście! - uśmiechnąłem się od ucha do ucha i wyjąłem pudełko śniadaniowe z tornistra. Z Batmanem. Postawiłem je na parapecie i sięgnąłem do torby po drugie - Wolisz z serem czy z szynką?
Otworzyłem pierwsze, wyjąłem zapakowaną w biały papier bułkę i wyciągnąłem w kierunku wielkoluda.
Krzysiek zrobił głupią minę. Widać, nie bardzo wiedział co powiedzieć. Sądził, że za chwilę, jak to było poprzednim razem, złapie mnie za ubranie, wytarmosi i bez dania racji zabierze jedzenie. A tu niespodzianka. Nie dość, że nie musi uciekać się do użycia siły, to na dokładkę ofiara jest dla niego nieoczekiwanie uprzejma i sama ofiaruje poczęstunek. I to z możliwością wyboru.
- Tata pyta czy lubisz ciastka i nie jesteś na coś uczulony, to następnym razem doda jakieś słodkości na deser.
Krzyśka zatkało na amen.
- Nie, nie jestem... - wydukał tylko i sięgnął po bułkę.
- A tu masz coś do popicia! - obok pudełek śniadaniowych postawiłem dwa napoje w tekturowych kartonikach z przylepionymi do boków słomkami - Pomarańczowy czy egzotyczny?

* * *

- I jak zuchu? - tata wychylił się z kuchni jak tylko wróciłem ze szkoły do domu - Smakowało mu?
- Tak! Kazał podziękować i powiedział, że nie jest na nic uczulony. Poza tym całkiem fajny ten Krzysiek...
- Widzisz kochanie, - papcio wziął się pod boki i spojrzał na żonę - nie wszystko trzeba załatwiać przy użyciu siły.
Mama chyba nie bardzo go słuchała, bo akurat zajęta była eksterminacją bandy wyimaginowanych przeciwników serią wymyślnych ciosów, kopniaków i uderzeń tłuczkiem do mięsa. W bitewnym amoku trafiła z półobrotu wysuniętą szufladę z sztućcami. Łyżki, widelce i noże zabrzęczały trwożliwie. Mama do kopniaka dodała serię ciosów karate grzbietem dłoni.
- Ciach, ciach, ciach! I w brzucho! I przez łeb! I w jajka... - wysyczała złowieszczo.
- Może pójdziemy na spacer? - zaproponował tata.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz