niedziela, 1 listopada 2015

MichaŚek: Rower

- Wstawaj zuchu! Tuturutu! - tata stanął w progu mojego pokoju i zadął w zlożoną w tubę gazetę - Słońce grzeje aż miło! Życie prześpisz!
- Jeszcze pięć minut... - spojrzałem spod ciężkich niczym ołów powiek na zarys sylwetki papy, majaczący na tle rozświetlonego prostokąta drzwi.
- Żadne tam pięć minut! Żadne trzy, a nawet jedna! Wstajesz i wraz ze starym ojcem rzucasz się w wir przygody!
Otworzyłem oczy najszerzej jak mogłem i odgarnąłem kołdrę.
- Czyli, że co? - spytałem siadając na łóżku.
- Czyli, że tadaaaaaam to! - tata wyciągnął zza pleców metrowej długości kijek i zamachał nim radośnie.
- Toś mnie zaskoczył! - podrapałem się po brzuchu i ziewnąłem przeciągle.
Też tak macie, że jak podrapiecie jedno miejsce, to zaraz swędzi was setka innych części ciała? Mnie zaswędziała od razu lewa noga, głowa, kark i okolice prawego łokcia.
- Nawet nie wiesz jak się cieszę na jego widok! - dodałem chmurnie.
- Jakbym matkę słyszał! - papcio skrzywił się i pokiwał głową - Mantyka* z Ciebie lepszy niż z szanownej rodzicielki!
- Nie rozumiem, ale chyba jej by się to nie spodobało...
- I się nie spodobało! - głos mamy dobiegł gdzieś z kuchni.
Tata zrobił głupią minę.
- Ona ma tu jakiś podsłuch czy co... - tata rozejrzał się wokół, a następnie złapał mój łapeć i szepnął wprost do puchatego pompona. - Halo baza, halo baza! Odbiór!
- I to też! - mama wychyliła się zza szerokich pleców ojca, który wrzasnął dziko, odrzucając łapeć aż pod regał z zabawkami. - Wstawaj kolego. Czas nauczyć się jeździć na dwóch kółkach... - powiedziała cicho.
Nawet odgłos motoru, przejeżdżającego pod oknami naszego bloku, nie zagłuszył dźwięku przełykanej przez papę śliny.

* * *

Wyciąganie rowerka z piwnicy trwało około godziny. Tata zamiast skierować się od razu do kąta, w którym tkwił krwistoczerwony BMX, zmierzył się po drodze z historią całej naszej rodziny. Jak? Wszystko zaczęło się od szarego pudełka po makaronie, z którego przez przypadek wysypały się jakieś stare zdjęcia. Papa, zamiast włożyć je z powrotem, zaczął przeglądać fotografie i każde okraszać historycznym komentarzem.
- A tu Twoja pierwsza kupa, zobacz jaka słodziutka! - i podstawiał mi pod nos prostokącik z wizerunkiem upaćkanej jakąś niezidentyfikowaną substancją pieluchy jednorazowej - A tu mama w zaspie na wczasach w Karpaczu - i znowu przed nos zawędrowało kolejne zdjęcie, na którym z wszechobecnej bieli wystawał skrawek brązowego kozaka i uśmiechnięta twarz mamy. Nie pytajcie jakim cudem jej stopa nagle znalazła się przy głowie. Sam nie wiem, choć wieczorem starałem się dokonać podobnej sztuczki w swoim pokoju.
I tak bite pół godziny. Na szczęście wspomnienia zawarte w kartonie w końcu się skończyły i powędrowały na półkę. Na nieszczęście podczas ich upychania na podłogę spadła skrzyneczka z jakimiś rodzinnymi drobiazgami. I cyrk zaczął się od początku...
Kiedy po półgodzinie tata upakował wszystko z powrotem i przymierzał się do odstawienia pudla na miejsce, do piwnicy przyszła mama.
- A wy jeszcze tutaj? - spytała mocno zdziwiona, sięgając po słoik z koncentratem pomidorowym.
- Bo tu taki bałagan... - zaczął tata i przejechał dłonią po stojącym obok imadle przyśrubowanym do grubego, dębowego blatu.
- Już dawno miałeś tu sprzątnąć kochanie!
Papa spojrzał na mnie.
- Blablablabla...
- To też słyszałam! - dobiegło ze schodów.

* * *

Odkręcania bocznych kółek w bmx-ie trwało jakieś dziesięć minut. Śruby lekko podrdzewiały i nie chciały puścić. Kiedy wreszcie ustąpiły, twarz papy niewiele się różniła od krwistoczerwonej ramy rowerka.
- I co teraz? - spytałem, widząc patyk wtykany pod skórzane siedzenie.
- Teraz przymocujemy kijek i nauczymy Cię jeździć na dwóch kółkach!
- Ale... - zacząłem, lecz tata przerwał mi w pół zdania.
- Żadnego "ale" młody człowieku! Dorastanie polega na sztuce pokonywania coraz to trudniejszych wyzwań, jakie stawia przed Tobą życie. Twoim zadaniem będzie dziś oswojenie równowagi na dwóch kołach, moim oswojenie twojej matki...
- Wszystko słyszałam! - kobieca głowa pojawiła się niczym zjawa na korytarzu przed wejściem do piwnicy. Wzdrygnęliśmy się przestraszeni - Jabłka! - mama sięgnęła po duży słoik z żółtawą masą próżonych owoców i spojrzała spod ściągniętych brwi na męża - Zrobię dziś szarlotkę!
- Hurra! - krzyknąłem, bo bardzo lubię ciasta w wykonaniu mamy, a szczególnie szarlotkę.
Kiedy zostaliśmy sami, tata zbliżył twarz do mojego ucha.
- Właśnie o tym mówiłem... - szepnął.
- Wszystko słyszałam! - doszło ze schodów.
- Blablabla...
- I to też!
Papa przejechał ręką po twarzy.
- Jak pragnę zdrowia, tu muszą być jakieś mikrofony!

* * *

Tata siedział przy stole ze spuszczoną głową i dziubał łyżeczką ciasto.
- Powiedz więc jak do tego doszło, mój ty bohaterze! - mama odchyliła mu głowę i skrzywiła się lekko na widok fioletowo-czerwonej opuchlizny. Nie ma się co dziwić! Nos papy wyglądał jak czerwona gruszka, a górna warga napuchła, nadając twarzy mężczyzny lekko kaczy wygląd.
- Po szymaem payt i...
- Może lepiej niech Michasiek mówi! - mama spojrzała na mnie.
- Bo tata zamocował ten patyk i mnie nim pchał. - wpakowałem ogromny kawałek szarlotki do ust - I kiedy mnie tak pchał, to wpadł na kamień.
- I zamiast się puścić, wolał go trzymać i zanurkować twarzą w chodnik? - domyślność mamy zaskoczyła nawet mnie.
- Aszekulowaem Michaszka... - wyseplenił tata.
- Ale niepotrzebnie! - popiłem ciasto sokiem z malin - Ja już potrafię jeździć na dwóch kółkach.
Rodzice spojrzeli na mnie zaskoczeni.
- No co? Nauczyłem się na rowerze Dominiki, bo tata ciągle nie miał czasu odkręcić kółek...
Gdyby wzrok mógł zabijać, to ja już na pewno bym nie żył. Tata chciał wstać od stołu, lecz równie szybko jak się podniósł, tak i opadł na taboret. Wielka jak balon stopa, owinięta bandażem chrupnęła tajemniczo.
- Ja ho ketyś szamoltuje! - usłyszałem tylko, gdy zamykałem drzwi swojego pokoju.

* Mantyka - potocznie: kobieta zgryźliwa, marudna

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz