czwartek, 5 listopada 2015

MichaŚek: Choinka, czyli drzewko (nie)szczęścia

Ubieramy choinkę!
Tata przyniósł dziś rano owinięte białą siatką drzewko i postawił w przedpokoju obok wieszaka na ubranie.
- Wróciłem! - krzyknął i nie zdejmując butów wpadł do kuchni, gdzie uściskał i ucałował mamę, a potem do mojego pokoju, gdzie uściskał i ucałował mnie.
- Znowu błocka naniosłeś brudasie! - mama spojrzała na podłogę wysmarowaną szarą breją.
Tata szybko zzuł trapery, chwycił choinkę i trzymając ją pod pachą wpadł do salonu niczym rycerz uzbrojony w iglastą kopię.
- Chyba tu będzie dobrze! - przystawił ją w wolne miejsce między szafką z telewizorem, a zabytkowym sekretarzykiem, na którym ustawiona była resztka rodowej porcelany - Patrz kochanie! - krzyknął przez ramię - Tutaj chyba będzie dobrze!
Mama stanęła w progu i wycierając ręce w fartuch przekrzywiła lekko głowę.
- Chyba tak, tylko do kontaktu daleko! - wskazała palcem gniazdko tkwiące za czarną taflą 40-calowego ekranu.
- Spokojnie skarbie! Mam coś, co temu zaradzi!
- Tylko nie baw się w elektryka! Pamiętasz jak to się ostatnio skończyło! - spojrzała na niego spod ściągniętych brwi.
Tata wykrzywił usta.
- Bla, bla, bla...
- Właśnie, właśnie, jak cię ostatnio kopnęło, to przez kwadrans nic innego nie potrafiłeś powiedzieć.
- Czyli dobrze... - tata przeciął biały kokon wyjętymi z szuflady nożyczkami. Gałęzie wystrzeliły spod siatki, układając się równymi rzędami wokół pnia. - A teraz bomki! - wybiegł z salonu i po minucie wrócił z piramidą pudełek wypełnionych ozdobami świątecznymi.
Mama tymczasem przygotowywała bigos. Niewielkie kawałki mięsa zaskwierczały na tłuszczu. Zapachniało bajecznie!
- No i jestem! - tata ostrożnie postawił pudła na podłodze - Masz jakiś artystyczny plan czy szalejemy?
- Szalejemy! - spojrzałem na papę, który stał z założonymi na piersiach rękami i mierzył drzewko okiem fachowca.
Owijanie choinki łańcuchami, wieszanie bombek, gwiazdek, maleńkich mikołajów i aniołków trwało około pół godziny. Kiedy wreszcie srebrna gwiazda pojawiła się na czubku, wycofaliśmy się nieco, by z pewnej odległości ocenić jakość naszej pracy.
- A niech to! - tata z całej siły uderzył się dłonią w czoło. Odgłos klaśnięcia usłyszała nawet mama.
- Co się tam dzieje? - spytała zaniepokojona.
- Nic kochanie! Nie przeszkadzaj sobie! - tata pochylił się nade mną i cicho wyszeptał - Światełka!
Rozejrzałem się wokół i dopiero teraz zauważyłem jeszcze jedno pudło z obrazkiem łańcucha rozświetlonych lampek w kształcie sopelków, leżących pod siatką, w którą owinięta była wcześniej choinka.
- Szlag! - zakląłem szpetnie. Co dziwne tata nie zwrócił na to w ogóle uwagi. Nawet mnie nie ofuknął, ani nie pogroził palcem, jak to miał w zwyczaju.
- Spokojnie! Coś się zaradzi - powiedział tylko.
Ciekawe co? Przecież nie od dziś wiadomo, że zanim zacznie się rozwieszać bombki, łańcuchy i anielskie włosie trzeba wokół gałęzi owinąć lampki. Nigdy odwrotnie!
Tymczasem tata wybiegł z pokoju. Wrócił znowu po mniej więcej minucie, niosąc w rękach niewielką drewnianą skrzyneczkę. Postawił ją na podłodze i delikatnie odchylił wieczko. W środku znajdowały się jakieś kolorowe metalowe klipsy z okrągłymi otworami i kawałki pożółkłych świeczek.
- Nie rozumiem... - wykrzywiłem usta w podkówkę widząc ten zestaw.
Tata tymczasem wyjął jeden klips i zawiesił go na iglastej gałązce. W otwór wcisnął świeczkę, wyjął z kieszeni zapałki i podpalił niewielki knot.
- Tadaaaaam! - uśmiechnął się i odwrócił w moją stronę tak gwałtownie, że trącił gałązkę, na której paliła się coraz większym płomieniem świeca. Ta przechyliła się, a ogień dosięgnął igieł gałązki obok i srebrnego łańcucha skręcającego obok śpiewającego aniołka i czerwonej bombki ze złotym wzorem spadającej gwiazdy. Łańcuch zajął się ogniem błyskawicznie. Języki żółtych płomieni popędziły w górę, rozchodząc się po gałązkach i białych nitkach anielskiego włosia.
Staliśmy z tatą jak skamieniali, patrząc na burzę ognia obejmującą coraz to nowe gałęzie, ozdoby oraz pokryty łuskami drobnej kory pień, gdy nagle zza naszych pleców wystrzelił pióropusz białej piany. Spojrzałem przez ramię na wylot czarnej rury wychodzącej z czerwonego pojemnika gaśnicy samochodowej. Gaśnicę trzymała mama.

Kiedy piana pokryła zwęglony kikut, jeszcze przed chwilą gęstego od igieł drzewa, oceniliśmy straty. Białą ścianę i spory kawałek sufitu pokrywała sadza, podobnie było z panelami wokół metalowego stojaka. Dywan na szerokości około piętnastu centymetrów stopił się i przywarł do podłogi czarnymi strupami.
- To jest to "coś"? - spytała dziwnie spokojna mama.
- Głupio wyszło, ale i tak miałem po świętach zrobić mały remont, więc nawet dobrze się złożyło! - tata uśmiechnął się, ale tak jakoś niepewnie.
- Dobrze się złożyło? - ten ton głosu nie wróżył nic dobrego - Więc dla ciebie to splot szczęśliwych zbiegów okoliczności?
- No wiesz skarbie... - tata zaczął się powoli wycofywać z pokoju.
Gaśnica niczym błyskawica poleciała w jego kierunku. Niestety nie dosięgła celu, za to trafiła w sam środek telewizora stojącego za papą. Ekran pękł na kilka mniejszych kawałków, lekko przechylił się w lewą stronę i runął na choinkę, a raczej to, co z niej zostało. Mocno przypalony pniak pod naporem 40-calowej powierzchni zachwiał się, po czym opadł na porcelanę stojącą na sekretarzyku. Zmieciona kikutami gałęzi zastawa zleciała z brzękiem na podłogę...
Z przedpokoju dał się słyszeć łomot zatrzaskiwanych drzwi wejściowych, a potem miękki odgłos kroków na schodach. Tata chyba zapomniał założyć buty.
Mama popatrzyła na mnie i wybiegła za tatą krzycząc, że go zabije czy coś w tym stylu.
Dopiero kiedy zostałem sam w pokoju, dotarła do mnie groza całej sytuacji. Mało nie krzyknąłem z przerażenia. No bo dzisiaj wieczorem miał lecieć serial o krwiożerczych robotach z kosmosu, a telewizor leżał w kawałkach na podłodze. Z wrzaskiem wybiegłem z domu za tatą i mamą. Ja też nie zdążyłem założyć butów...

Wstępny szkic pierwszej ilustracji:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz