sobota, 31 października 2015

MichaŚek: Latawiec

Tata kupił latawca!
W sobotę rano przyniósł wielkie, szare pudełko z rysunkiem kolorowego kwadratu z ogonem zrobionym z kolorowych kokardek, który ciągnęły na sznurku jakieś dwie małe postaci i położył je na stole w dużym pokoju.
- Dziś synu - rzekł poważnie - zajmiemy się profesjonalną konstrukcją, a nie jakimś klockowym... - przerwał jakby zabrakło mu słów, a kiedy popatrzył na mamę, a ta ściągnęła groźnie brwi, dokończył - ... pitu-pitu!
- Klocki nie są pitu-pitu! - zaprotestowałem - klocki są lego!
- Zgadza się młody człowieku! - tata położył dłonie na pudle - Jednak te, jak wspomniałeś, lego, to przypadkowo złożone skorupy, których funkcja ograniczona jest przez wszechobecną grawitację. Dziś zobaczysz przedmiot wyrastający ponad przyziemność, drwiący z jednego z oddziaływań podstawowych, czyli powszechnego ciążenia!
Lubiłem kiedy tata mówił takim niezrozumiałym językiem, bo robił wtedy strasznie głupie miny, gilgotał mnie, a czasem kładł na łóżku i robił na brzuchu pierdziucha. Nie wiecie co to pierdziuch? To takie "prrrrr..." ustami na skórze. Tym razem jednak tata był strasznie poważny. Głaskał pudełko dłonią i co chwila oblizywał wargi. Mama mówiła, że to pierwsze oznaki szaleństwa i że tata w nie wpada z butami. Spojrzałem na stopy papy - był na bosaka.
Nawet mama zauważyła dziwne zachowanie męża i popatrzyła na mnie lekko zaniepokojonym wzrokiem. W takich sytuacjach starała się rozładowywać narastające z każdą chwilą napięcie, posyłając uśmiech, który sprawiał, że miękły mu nogi i robiło się ciężko w okolicy śledziony (przynajmniej on tak mówił, choć nigdy mnie w te okolice nie zabrał, więc nie powiem wam gdzie to), ale tym razem sposób mamy nie zadziałał. Tata zignorował jej starania, podobnie jak ignorował zaczepki słowne i żebracze sąsiada spod trójki, którego rodzinnie bojkotowaliśmy z powodu nadużywania alkoholu i słów wulgarystycznych.
Dziwne!
Tymczasem tata zdjął z pudła folię i odchylił tekturowe wieczko. W środku znajdowało się kilka listewek, kolorowy materiał i szpulka szarego sznurka.
- Mogę? - spytałem i sięgnąłem po jeden z patyczków.
- Nie teraz chłopcze! To delikatne części, łatwo je uszkodzić! - tata zmarszczył nos i wyjął z dna pudła niewielką instrukcję. Położył ją obok siebie i zaczął składać na jej podstawie latawca.
Kiedy wreszcie na stole leżał czterokolorowy romb z długim kokardowym ogonem, postanowiliśmy wypróbować jego właściwości latawcze w pobliskim parku. Tuż przed wyjściem z domu mama wychyliła się z kuchni i krzyknęła:
- Tylko wróćcie na obiad! - ale myślę, że tylko ja ją słyszałem, bo tata nadal tkwił w swoim szaleństwie. Tym razem jednak już w butach.
W parku papcio położył delikatnie konstrukcję na ziemi, rozciągnął kokardowy ogon i odwijając sznurek oddalił się na kilkanaście metrów.
- Mogę? - popatrzyłem z nadzieją i wyciągnąłem dłoń po szpulkę.
- Nie teraz słonko, start to strasznie skomplikowana operacja. Jeden fałszywy ruch i może dojść do katastrofy. Ka-ta-stro-fy chłopcze!
Kiedy po kilkunastu próbach podniesienia latawca z ziemi, ten już unosił się wysoko ponad drzewami, zagadnąłem po raz kolejny.
- Nie teraz miśku, wiatr jest za słaby...
Za jakiś czas znowu.
- Nie teraz, wiatr jest za mocny...
I tak bite dwie godziny!
Kiedy wróciliśmy do domu, mama akurat stawiała wazę z parującą zupą na stole. Spojrzała na nas i spytała.
- I jak się bawiliście?
- Nie wiedziałem, - tata postawił latawiec w przedpokoju obok stojaka na parasole i zatarł ręce - że to może być taka świetna zabawa!
- Ja też - posłałem mamie smutne spojrzenie - nie wiedziałem...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz