piątek, 30 października 2015

MichaŚek - Choroba

- Gdzie jest nasz chorowitek!? - tata wbiegł zdyszany do domu, trzasnął drzwiami i wpadł do małego pokoju jak kula armatnia. Usiadł na skraju łóżka i popatrzył zatroskany na czubek mojej glowy, ledwo wystający spod kołdry - Jak się czujesz tygrysie?
- Mosze byś! - zatkany nos skutecznie utrudniał wyraźne mówienie - Sze pszesiempiłem...
Mama stanęła w progu i rzuciła gniewne spojrzenie na tatę.
- Buty ściągaj brudasie jeden! Zobacz ile piachu naniosłeś! Przed chwilą odkurzałam, a już naświnione!
Tata przewrócił oczami i tak, by mama nie widziała, zrobił strasznie głupią minę.
- Bla, bla, bla, bla...
- Wszystko słyszałam! - krzyknęła mama już z przedpokoju, starając się zgarnąć naniesiony przed chwilą piach na plastikową szufelkę.
- Pamiętaj młody człowieku - tata położył wielką dłoń na moim czole - chorobę mężczyzna znosi jak... mężczyzna. Cierpi w milczeniu i milczy cierpiąc! Chyba masz temperaturę! - dodał i pogładził mnie po policzku.
Mama tymczasem skończyła zmiatać podłogę i znowu zjawiła się w progu.
- 38,5 - powiedziała, uprzedzając pytanie taty.
- A lekarz co powiedział?
- Przeziębienie! Łykać lekarstwa, leżeć, wypoczywać... I tydzień wolnego od szkoły.
- Przynajmniej tyle dobrego! - tata mrugnął do mnie porozumiewawczo.
- Jeeee! - uśmiechnąłem się lekko i wystawiłem spod kołdry dłoń z wyprostowanym kciekiem.

* * *

Rano czułem się znacznie lepiej.
- I jak tam? - spytała mama i kontrolnie zmierzyła mi temperaturę - No proszę, 36,8! - uśmiechnęła się szeroko, widząc wskazanie termometra.
- Wczoraj to się czułem jakby mnie krowa zjadła, przewaliła przez wszystkie żołądki i wydaliła w postaci... maślanki - podsumowałem aż nazbyt barwnie wczorajsze samopoczucie. Mama ściągnęła brwi i spojrzała na mnie wzrokiem, który, jak mawia tata, kwasi nawet musztardę.
- Kto Cię uczy takich pięknych powiedzonek? - spytała.
- Tato przecież...
Jak na zawołanie w kuchni zjawił się tata. Szurając filcowymi kapciami poczłapał do stołu i opadł ciężko na taboret. Pomiótł po pomieszczeniu nieprzytomnym spojrzeniem.
- Gdzie jesteś kobieto? Daj mi coś, bo cierpię! - wydyszał - Zaraziłem się chyba od Michaśka!
Mama wcisnęła mu pod pachę przed chwilą wyzerowany termometr.
- Ale przecież mówiłeś wczoraj, że prawdziwy mężczyzna cierpi w milczeniu! - wsparłem podbródek na blacie stołu, tuż obok talerza owsianki, postawionego przed chwilą przez mamę i popatrzyłem z uwagą na tatę, który bez powodzenia próbował zlokalizować kto i skąd do niego mówi. Wreszcie zauważył mnie i wyjął termometr spod pachy.
- A to co? - zdołał spytać nim przechwyciła go mama i popatrzyła z uwagą na rząd cyfr na szarawym wyświetlaczu.
- Widzisz synu - tata siorbnął przeciągle nosem - Są ludzie, którzy nie mogą umierać w ciszy! Ich moralnym obowiązkiem jest poinformowanie świata całego o tym jaka wybitna jednostka go opuszcza! A mnie od śmierci dzieli krok tylko! Kostucha stoi za moimi plecami! Czuję nawet jej zimną dłoń na ramieniu!
Popatrzyłem na mamę, która przed chwilką położyła rękę na szerokim karku męża. Teraz pokiwała głową, zrobiła głupią minę i poruszyła ustami wypowiadając bezgłośnie "bla, bla, bla...".
- No to mam dla Ciebie złą nowinę! Wszystko wskazuje na to, że jeszcze nieco pożyjesz! - podsunęła mu przed oczy termometr - 36,7 moja ty moja wybitna jednostko! A za tę kostuchę nie dostaniesz obiadu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz